„Cała filmoterapia planowa mieści się właściwie w jednym zdaniu: dajemy ludziom zrobić prawdziwy film. Reszta dzieje się sama.”
Prosty pomysł
Zaczęło się od jednego pytania, które usłyszałem na warsztatach terapii zajęciowej: „kiedy my zagramy w filmie?”. Nie miałem wtedy gotowej metody ani podręcznika — miałem kamerę, ekipę zapaleńców i przekonanie, że film to praca, w której znajdzie się miejsce dla każdego. Tak narodziła się filmoterapia planowa.
Nazywam ją „planową”, bo cała terapia dzieje się na planie zdjęciowym. Nie w sali, nie przy stole — w prawdziwym ruchu, w terenie, najczęściej w plenerze. To prosty zabieg, a zmienia wszystko: zamiast oglądać świat, wychodzimy w niego i go nagrywamy.
Pracujemy zespołowo
Najważniejsze słowo to „razem”. Na planie nikt nie jest sam i nikt nie jest zbędny. Jeden gra, drugi trzyma mikrofon, ktoś ustawia światło, ktoś pilnuje rekwizytów, ktoś podpowiada kwestie. Zadania się zazębiają — i właśnie dlatego rodzi się odpowiedzialność: jeśli ja nie zrobię swojego, zatrzymam całą ekipę.
Osoby z niepełnosprawnością i osoby pełnosprawne pracują u nas ramię w ramię — także po godzinach, w drodze, przy ognisku. Nie ma podziału na „terapeutów” i „podopiecznych”. Jest ekipa filmowa, która ma wspólny cel.
Jak do tego podchodzimy
Mam jedną żelazną zasadę: pokaż, podprowadź i wyjdź. Nie wyręczam i nie „matkuję”. Pokazuję, jak coś zrobić, asystuję — a potem się usuwam, żeby zostawić przestrzeń na samodzielność. Czynność powtarzamy tyle razy, ile trzeba, aż się uda. Bez taryfy ulgowej, bo prawdziwe zaufanie buduje się przez prawdziwe zadania.
Nie pytam, jaki ktoś ma stopień niepełnosprawności — pytam, co chce robić. Odpowiednio pokazane zadanie potrafi uruchomić możliwości, o których wcześniej nikt nie wiedział. Często także sam zainteresowany.
Co to daje
Z tego prostego układu wynika niemal wszystko, co robimy. Uczestnik przestaje być widzem własnego życia, a staje się współtwórcą. Uczy się cierpliwości, koordynacji, pamięci i panowania nad emocjami — nie na ćwiczeniach, lecz przy realnej pracy, której efekt można potem pokazać na ekranie.
Na końcu jest premiera. Uczestnik wychodzi na scenę jako autor — i często po raz pierwszy słyszy brawa nie za to, że „dał radę mimo wszystko”, ale za to, że zrobił coś naprawdę dobrego. Dla wielu rodzin to moment, którego się nie zapomina.
I jeszcze jedno, dla mnie najważniejsze: ta zmiana działa w obie strony. Zmienia się uczestnik, ale zmienia się też jego zdrowe otoczenie. Bo największą barierę — przekonanie, że „się nie da” — najczęściej nosimy w głowach my, ludzie zdrowi.
— Marcin Kondraciuk, twórca filmoterapii planowej